Jestem już w Toruniu... Ufff. :) Takich emocji i nerwów jak wczoraj nie czułam już dawno! Było super!!! Tak jak chcieliśmy. :)
Graliśmy po PAPA ROACH – czyli 200% testosteronu na scenie. Dali świetny koncert! W pierwszej chwili pomyślałam, że to samobójstwo grać po nich. To gwiazdy światowego formatu i bardzo mocna muza. :) Ale daliśmy radę. :) :) :) Publiczność dała mi dużo dobrej energii w postaci braw i głośnych okrzyków. Od utworu „Wrogu Mój” czułam, że jesteśmy już razem. Złapałam ich za serce. :) Dzięki wielkie Wam, że mogłam to przeżyć!!! Do zobaczenia!!!
PS Odnośnie komentarzy „maruderów” to Kochani moi „wszystkim może podobać się tylko dolar”, a ja nie jestem dolarem. :) Gadanie podczas koncertu na Woodstock jest normą, bo ludzie na bieżąco komentują to, co widzą. Sama komentowałam występ Papa Roach, który oglądałam właśnie na żywo, a ponieważ moc dźwięku jest tak wielka, że czuć ją w żołądku, :) to nie przeszkadza to jednocześnie w przeżywaniu koncertu. Tak więc trochę luzu „maruderzy” i zamiast komentować z ciepłego krzesełka, trzeba było stać pod sceną i dawać czadu!!! A i jeszcze jedno. Bisu nie zagraliśmy, (chociaż mieliśmy przygotowane „Myte Dusze”), bo było opóźnienie, a Nigel Kennedy miał transmisję na żywo i jego koncert musiał zacząć się o dokładnej porze. Też żałujemy i zagramy następnym razem. :) :) :) Do miłego i głowa do góry. Mamy piękny dzień, więc zamknijcie te komputery i idźcie na spacer. :) Dobrze Wam zrobi. :) :) :)
Buziaki
JS